„Jaki pierwszy wrzesień, taka będzie jesień”, mawiano od pokoleń na bieszczadzkich wsiach, i uważnie obserwowano niebo pierwszego dnia miesiąca. Dawni bartnicy traktowali to przysłowie naprawdę poważnie, bo od pogody we wrześniu zależało, ile czasu zostało im jeszcze na najważniejsze prace przed nadejściem pierwszych przymrozków.
Miodobranie mieli już zwykle za sobą, kiedy rodzina pszczela była w pełni sił, a na wrzesień zostawało im zabezpieczenie barci przed zbliżającą się zimą i nieproszonymi gośćmi, którzy chętnie zaglądali do ciepłego wnętrza ula w poszukiwaniu schronienia.
Do dziś dla wszystkich pszczelarzy wrzesień jest kluczowym miesiącem w roku, w przygotowaniu pasieki do zimy oraz jej zdrowego dotrwania do kolejnej wiosny. Bieszczady rządzą się do tego swoimi prawami. Chłodniejsze noce i wilgotne mgły spadają tu wcześniej niż na nizinach, więc wrzesień bywa dla tutejszej pasieki miesiącem decydującym o być albo nie być całej rodziny pszczelej. To, co zostanie teraz zaniedbane, zemści się wiosną.
Ta sama uważność, którą kierowali się dawni bartnicy, patrząc w niebo i nasłuchując pszczół, dziś przekłada się na coś bardziej precyzyjnego. Wiedza naszych dziadków to piękny fundament, ale współczesne pszczelarstwo wymaga też podejścia naukowego, bo dzisiejszy pszczelarz zmaga się z problemami, o których jeszcze sto lat temu nikt nie słyszał.
Spis treści
Dawne plagi i współczesne zagrożenia – ewolucja pasiecznych wyzwań
Kiedy spojrzymy w przeszłość, ewolucja wyzwań pasiecznych staje się wyraźna. Wystarczy zestawić dawne zmartwienia pszczelarzy z dzisiejszymi, żeby zobaczyć, jak zmieniło się dzisiejsze pszczelarstwo.
Motylica: ta sama plaga, inny adres
Kiedyś zmorą była motylica, która niszczyła dzikie plastry w słomianych ulach zwanych koszkami. Gąsienica tych motyli (bo motylica to ćma), wgryzała się w plaster i drążyła w nim chodniki, wyścielając je gęstą przędzą jedwabną, a przy okazji zjadała wosk, resztki pierzgi i czerw, które napotkała po drodze. Taki poprzeplatany przędzą, podziurawiony plaster tracił wytrzymałość i w końcu się zapadał. W dzikich plastrach, takich jak te w koszkach czy leśnych barciach, było to o tyle groźne, że pszczelarz nie mógł wyjąć ramki i obejrzeć, co się dzieje w środku. Plaster był wbudowany na stałe, przyrośnięty do wnętrza ula, więc szkodnik mógł żerować tygodniami, zanim ktokolwiek się zorientował, że coś jest nie tak.
Motylica dziś nadal istnieje, tylko przeniosła się gdzie indziej. W silnej rodzinie pszczoły same sobie z nią radzą, bronią i sprzątają własne plastry, więc w ulu barciak rzadko zdąży narobić szkód. Prawdziwym zagrożeniem są dziś plastry zapasowe, tak zwany susz, czyli puste ramki zdjęte po sezonie i odłożone do magazynku na przyszły rok, bo tam nie ma już nikogo, kto by ich pilnował. Największe szkody od tego szkodnika wosku notuje się właśnie we wrześniu i październiku, kiedy pszczelarze masowo zdejmują nadmiar plastrów po sezonie, a dorosłe ćmy są najbardziej aktywne. Współczesna ochrona to głównie siarkowanie, czyli spalanie pasków siarki w szczelnie zamkniętej szafie czy skrzyni z ułożonymi ramkami. Dym zabija dorosłe motyle i gąsienice, ale nie jaja, więc zabieg trzeba powtarzać co dziesięć, czternaście dni. Inni pszczelarze mrożą plastry albo trzymają je w bardzo dobrze wentylowanych, chłodnych pomieszczeniach, gdzie ćmy niechętnie się gnieżdżą. W naszym przypadku najlepiej sprawdza się nie oddawanie ramek po wirowaniu do osuszenia do ula. Nie ma naukowych badań dlaczego motylice unikają ramek z resztkami miodu, to tylko nasza wieloletnia obserwacja. Najbardziej prawdopodobnym wytłumaczeniem jest to, że takie nieosuszone plastry, przeznaczone wyłącznie do produkcji miodu, nigdy nie miały w sobie czerwiu ani pyłku, więc brakuje w nich białka, którego larwa motylicy potrzebuje do pełnego rozwoju.
Głód zimowy i twarda arytmetyka dawnych bartników
Zimą pszczoły żyją wyłącznie z tego, co zdołały zgromadzić od wiosny do jesieni, bo przez kilka miesięcy nie ma dla nich żadnego pożytku w terenie. Kiedy zapasów zabraknie, cała rodzina ginie z głodu, zanim jeszcze nadejdzie wiosna. To właśnie ten mechanizm rozstrzyga się dziś we wrześniu, bo to teraz pszczelarz dokłada syrop, zamiast czekać z założonymi rękami na wiosenny rachunek strat. Dawniej takiej opcji nie było, w koszkach nie dało się sprawdzić, ile miodu naprawdę zostało w środku, ani dosypać „pokarmu” w razie potrzeby, więc głód zimowy pszczół był czymś zwyczajnym, a nie wypadkiem przy pracy.
Samo pobranie miodu wiązało się przy tym z trudnym wyborem, bo plaster w koszce był przyrośnięty do jej wnętrza na stałe. Nie dało się wyjąć kawałka i zostawić reszty tak jak dziś w ulu ramkowym, trzeba było rozbić cały ul, a broniące go pszczoły na to nie pozwalały. Jedynym sposobem na bezpieczne i pełne opróżnienie ula było więc zabicie całej rodziny, najczęściej siarką, której dym dusił owady. Siarka akurat leżała pod ręką w każdym gospodarstwie z zupełnie innych powodów, służyła do konserwowania wina i odkażania piwnic, więc nikt nie musiał jej specjalnie sprowadzać.
Dawny pszczelarz wybierał na tę śmierć rodziny najcięższe z najlepiej zaopatrzonych uli, bo skoro i tak trzeba było kogoś poświęcić, strata musiała się przynajmniej opłacić. Lżejsze rodziny zostawiano przy życiu, licząc, że przetrwają zimę same. To nie była humanitarna gospodarka, tylko arytmetyka, w której ktoś musiał zginąć, żeby reszta pasieki mogła przetrwać. Z dzisiejszej perspektywy wygląda to bezwzględnie, ale właśnie na tym tle najlepiej widać, o ile bardziej przyjazne pszczołom jest współczesne pszczelarstwo. Dziś, we wrześniu, żadna rodzina nie musi już ginąć, żeby inna mogła przetrwać zimę. Wystarczy dokarmić ją syropem, a jeśli w plastrach nie ma spadzi, zostawić jej też trochę miodu nektarowego. O tym, dlaczego nie zostawia się samej spadzi, przeczytasz tutaj (LINK).
Warroza – współczesna plaga pszczół, której nie znali nasi dziadkowie
Jedno narzędzie jest niezmiennym symbolem pasieki: podkurzacz. Dym z niego maskuje feromon alarmowy, który strażniczki wydzielają na widok intruza, a przy okazji uruchamia u pszczół instynkt najadania się miodem na zapas, więc zajęte jedzeniem robotnice na chwilę zapominają o obronie. Ta sama sztuczka działała w ulu sprzed dwustu lat i działa dziś, zmieniło się tylko to, co do niego dodawano.
We wrześniu podkurzacz pracuje częściej niż w innych miesiącach, bo prawie każda jesienna czynność, sprawdzanie zapasów, zabiegi na warrozę, wymaga otwarcia ula, a pszczoły właśnie teraz, gdy pożytek się kończy i mają czego bronić, robią się wyjątkowo czujne.
Piołun, tytoń i wrotycz od dawna miały swoje miejsce w podkurzaczu bartnika, jeszcze zanim ktokolwiek słyszał o warrozie. Piołun zawdzięczał swoje działanie bogatemu składowi chemicznemu, zwłaszcza olejkom eterycznym i tujonowi, działającemu jak naturalna trucizna na drobne owady i pajęczaki. Dym z tych ziół skutecznie odstraszał mrówki, zwalczał tak zwaną wesz pszczelą i zniechęcał do wchodzenia do ula motylicę, maskując naturalny zapach gniazda i dezorientując szkodniki.
Dawnym bartnikom było jednak łatwiej pod jednym względem: nie znali warrozy. Roztocza, które wywołują tę pasożytniczą chorobę, przywędrowały do nas z Azji około 1980 roku, stawiając przed pszczelarzami zagrożenie zupełnie innego kalibru niż dotychczas znane szkodniki. Mrówki czy motylica atakowały zapasy i puste plastry, tymczasem roztocza atakują żywą pszczołę, przyczepiają się do jej ciała i żywią się nią, osłabiając ją i skracając jej życie, a do tego rozmnażają się w zasklepionych komórkach z czerwiem.
Zanim do walki z warrozą włączyła się medycyna, naturalnym odruchem było sięgnięcie po tradycyjne środki, więc pszczelarze zaczęli odymiać ule tytoniem, wrotyczem i piołunem, licząc, że toksyczny dym poradzi sobie z nowym intruzem tak samo jak z dawnymi. Efekty okazały się jednak mizerne. Dym owszem trochę podtruwał roztocza, ale jeszcze mocniej drażnił same pszczoły, co ostatecznie wymusiło przejście na w pełni medyczne, weterynaryjne podejście do leczenia.
A dlaczego nie zastosowano od razu środków, które stosuje się w Azji, skąd ten pasożyt do nas przywędrował?
Azjatycka pszczoła wschodnia przez tysiące lat ewoluowała w tym samym środowisku co pasożyt wywołujący warrozę, wykształcając naturalne mechanizmy obronne, których brakuje europejskim pszczołom. Azjatyckie robotnice są niezwykle skrupulatne w higienie, sprawnie oczyszczając siebie i siostry z pasożytów, odgryzając im odnóża, strącając martwe na dno gniazda. Potrafią też poświęcić trutnie, gdy wyczują, że dana komórka trutowa jest silnie opanowana przez roztocza, po prostu jej nie odsklepiają, zamykając pasożyty w woskowym grobowcu razem z jednym samcem, ratując resztę rodziny przed namnożeniem inwazji. Do tego pszczoły wschodnie znacznie częściej się roją i opuszczają gniazda, co naturalnie przerywa cykl rozrodczy pasożyta, zostawiając go w starych plastrach.
Prawdziwy dramat zaczął się na rosyjskim Dalekim Wschodzie, gdzie ludzie trzymali naszą europejską pszczołę miodną blisko dzikiej pszczoły wschodniej, naturalnego żywiciela dręcza pszczelego (tak nazywa się właściwie ten roztocz). Wystarczyło sąsiedztwo, żeby pasożyt przeskoczył na nowego gospodarza, a od tej pory zarażone rodziny pszczele wędrowały dalej tą samą drogą, którą pszczelarze od zawsze przewożą i sprzedają swoje roje.
Współcześni pszczelarze przejęli dziś rolę strażników, stosując wiedzę weterynaryjną, żeby ratować pasieki przed zagładą. Pszczoła europejska bez pomocy człowieka i skutecznych leków nie przetrwałaby dziś.
Wrześniowe życie w ulu
Wrzesień to dla samej rodziny pszczelej czas fizjologicznej przemiany. Pszczoła wygryzająca się pod koniec lata żyje nawet do sześciu miesięcy, w przeciwieństwie do pszczoły letniej, której życie trwa zaledwie trzydzieści pięć do czterdziestu dni. Jesienna pszczoła ma mocno rozwinięte ciało tłuszczowe, pozwalające przetrwać mrozy, których jej letnia siostra by nie zniosła. W tym samym czasie matka pszczela ogranicza, a z czasem całkowicie kończy składanie jaj, przygotowując rój do odpoczynku.
Pszczoły intensywnie zbierają propolis, czyli kit pszczeli, uszczelniając nim precyzyjnie wszelkie szpary w ulu i chroniąc rodzinę przed wiatrem oraz utratą ciepła. Jednocześnie robotnice zazwyczaj wyrzucają już z ula większość trutni, bo samce na zimę stałyby się jedynie niepotrzebnym balastem, który trzeba byłoby wyżywić.
Najważniejsze prace pszczelarza
Najpilniejszym zadaniem pszczelarza we wrześniu jest dokarmianie na zimę. Podaje się wtedy gęsty syrop cukrowy, a cały ten proces musi zakończyć się najpóźniej w pierwszej połowie września. I znów chodzi o fizjologię pszczół, bo ciężką pracą przy przerabianiu syropu zajęły się jeszcze starsze pszczoły letnie, odciążając cenne pszczoły zimowe. Rodzina musi mieć zgromadzone od piętnastu do dwudziestu kilogramów pokarmu. Syrop jest zresztą dla pszczół bezpieczniejszy na zimowlę niż niektóre miody spadziowe, które mogłyby obciążać ich układ pokarmowy. We wrześniu w Bieszczadach kwitnie jeszcze nawłoć i wrzos, dając pszczołom ostatni w sezonie pożytek, ale miód z nawłoci krystalizuje błyskawicznie, czasem wprost w plastrze, przez co trudno go odwirować, a przy tym sam w sobie nie jest najlepszym pokarmem na zimowlę. Dlatego my w Bieszczadzkim Miodzie wolimy mieć kontrolę nad tym, na czym rodzina zimuje, zamiast zdawać się wyłącznie na ten późny i kapryśny pożytek.
Równie ważne jak dokarmianie jest zwalczanie warrozy, a wrzesień to ostateczny moment na to, bo tylko w pełni zdrowa, wolna od pasożytów pszczoła przetrwa zimowe miesiące. Po takim zabiegu sprawdzamy jeszcze wkładkę denną, licząc martwe roztocza, które opadły na dno, co pozwala nam ocenić, jak silnie porażona była rodzina i czy leczenie zadziałało.
Kiedy zapewniony jest już pokarm, a zdrowie rodziny pszczelej jest pod kontrolą, przychodzi czas na układanie gniazda i zabezpieczenie go przed szkodnikami. Pszczelarz przegląda ule, wyjmuje puste, nieobsiadane przez owady ramki i dopasowuje wielkość gniazda do aktualnej siły rodziny, co ułatwia pszczołom ogrzanie przestrzeni. Ostatnim etapem jest zakładanie specjalnych wkładek na wylotek, zapobiegających wtargnięciu myszy i ryjówek, które jesienią szukają ciepła i mogłyby zniszczyć zimujący kłąb pszczeli. Te same wkładki bronią jednak rodzinę także przed innym zagrożeniem: gdy pożytek się kończy, silniejsze rodziny i osy chętnie napadają na słabsze ule, żeby wynieść im zapasy, a zawężony wylotek znacznie utrudnia taki rabunek.
Czasem jednak nawet najlepsza opieka nie wystarczy, bo rodzina bywa za słaba, żeby przetrwać zimę samodzielnie, a wrzesień to już nie czas na wymianę matki. Wtedy, zamiast liczyć na cud, łączymy ją stopniowo z silniejszą rodziną, dając obu szansę na przetrwanie razem, zamiast osobno.
Kiedy kończy się wrzesień, ule są już ciężkie od zgromadzonych zapasów, a w samej pasiece powinien zapanować w pełni zasłużony spokój. Cała ta nasza ciężka praca w tym kluczowym miesiącu to gwarancja silnych i zdrowych rodzin pszczelich w kwietniu.
Prawdziwy miód nigdy nie jest dziełem przypadku, a każdy słoik Bieszczadzkiego Miodu to najlepszy dowód na to, jak ważna jest ta całoroczna, odpowiedzialna opieka.