ładowanie
Uśmiechnięta kobieta w tradycyjnym stroju trzyma duży bukiet bieszczadzkich ziół i polnych kwiatów przygotowany na święto Matki Boskiej Zielnej. W wiązance znajdują się kwitnący dziurawiec, piołun i macierzanka. W tle widać letnią łąkę, polną drogę oraz starą drewnianą cerkiew u podnóża gór.

Dla większości z nas sierpień to leniwy schyłek lata, czas urlopów i pierwszych zapowiedzi jesieni. W ulu sierpień w pasiece wygląda to zupełnie inaczej. To właśnie teraz zaczyna się pszczelarski Nowy Rok, a cała rodzina pszczela przechodzi przemianę, od której zależy, czy dotrwa do wiosny. Ta historia opowiada o tym, co dzieje się w tych dniach w bieszczadzkiej pasiece, ale też o tym, co robili w tym samym czasie dawni mieszkańcy tych gór, Bojkowie i Łemkowie, dla których sierpień był porą zbierania ziół na całą zimę. Obie te opowieści, o pszczołach i o ludziach, splatają się w jednym miejscu: w słoiku miodu z czosnkiem, który przez pokolenia był tutaj podstawowym lekiem na jesienne przeziębienia.

Pszczeli „Nowy Rok”

Dni robią się zauważalnie krótsze, a powietrze o poranku pachnie już chłodną wilgocią i dojrzewającą przyrodą. Kiedy otwieramy ule w te sierpniowe dni, uderza nas gęsty zapach wosku i propolisu, którym pszczoły skrupulatnie uszczelniają gniazdo przed nadchodzącym wiatrem. Zmienia się też dźwięk pasieki. Nerwowe, wysokie bzyczenie letnich lotów ustępuje miejsca spokojnemu, głębokiemu i bardzo równemu buczeniu.

Ten spokój ma swoje źródło w biologii. Pszczoły letnie żyją zaledwie od czterech do sześciu tygodni i dosłownie przepracowują się na śmierć, znosząc nektar i pyłek. Pod koniec lata matka zaczyna składać zupełnie inne jaja, z których wykluwa się pokolenie zimowe. Te nowe owady mają przed sobą inne zadanie niż ich poprzedniczki. Zamiast latać za pożytkiem, przez pół roku będą ogrzewać matkę wewnątrz kłębu podczas najsroższych mrozów. Aby to udźwignąć, muszą zbudować w swoich organizmach tak zwane ciało tłuszczowe, wewnętrzny magazyn energii, do którego potrzebują ogromnych ilości białka z pyłku kwiatowego. W tym samym czasie z uli bezpowrotnie wyganiane są trutnie. Rodzina wie, że męskie osobniki nie będą już potrzebne do zapłodnienia, a przy skromniejących zapasach stałyby się tylko obciążeniem.

My w tych dniach ostrożnie zabieramy z uli ostatnie tegoroczne zbiory, oceniamy siłę poszczególnych rodzin i sprawdzamy zapasy, pilnując, żeby w gniazdach zostało dokładnie tyle, ile potrzeba do bezpiecznej zimowli. Okolice Liskowatego dają pszczołom w tym okresie wyjątkowe możliwości. Nie ma tu wielkich, przemysłowych upraw ani opryskiwanych pól, za to są dzikie łąki z nawłocią i wrzosem oraz lasy, z których pszczoły znoszą oczekiwaną przez wszystkich spadź. Zbiory z tej pory roku mają zwykle ciemniejszą barwę i głębszy, bardziej żywiczny smak, czasem z lekką goryczką. Jak zawsze dbamy o to, żeby taki miód był tradycyjnie cedzony, bez podgrzewania, dzięki czemu zachowuje wszystkie enzymy oraz cenne mikro i makroelementy.

Święto ziół oczami dawnych górali

Im bliżej połowy sierpnia, tym mocniej powietrze pachnie rozgrzaną ziemią, co prowadzi nas prosto do piętnastego dnia miesiąca i Święta Matki Boskiej Zielnej. Na tych terenach dzień ten miał wymiar znacznie starszy niż sam chrześcijański kalendarz. Dawni mieszkańcy Bieszczadów, Bojkowie i Łemkowie, nie znali aptek. Ich przetrwanie zależało od bezbłędnego odczytywania cykli przyrody, dlatego zioła traktowano z nabożną czcią, a ich zbiór w odpowiednim momencie lata był ukoronowaniem całego sezonu.

Na piętnastego sierpnia przygotowywano wielkie wiązanki ziół. Wierzono, że rośliny zerwane dokładnie w szczycie kwitnienia osiągają swoją największą moc, a taki bukiet, poświęcony w cerkwi lub kościele, był jednocześnie podziękowaniem za tegoroczne plony i zabezpieczeniem medycznym na nadchodzącą, surową jesień. Skład bukietu nigdy nie był przypadkowy. Tradycja wymagała nieparzystej liczby roślin, najczęściej siedmiu lub dziewięciu, a w bogatszych wiązankach nawet dwudziestu siedmiu gatunków, gęsto splecionych z kłosami zbóż i polnymi owocami. Po poświęceniu bukiet suszono pod strzechą i przez całą zimę sięgano po niego jak po domową apteczkę.

„Wielka Trójka” z bieszczadzkiej łąki

W tej rozbudowanej kompozycji trzy rośliny stanowiły żelazny fundament. Macierzankę traktowano jako roślinę matkę, mającą chronić dom przed chorobą i czuwać nad drogami oddechowymi domowników. Dziurawiec, nazywany zielem słońca albo krwią bóstw, uchodził za ochronę przed urokami i jesiennym mrokiem. Piołun zbierano z myślą o piorunach, demonach i kontakcie z przodkami, ale też jako środek odpędzający pasożyty.

 

Grafika przedstawiająca zestawienie trzech ziół ze zdjęciami oraz ich polskimi i łacińskimi nazwami. Od lewej strony: kwitnąca na fioletowo Macierzanka (Thymus serpyllum), pośrodku srebrzystozielona Bylica piołun (Artemisia absinthium), a po prawej kwitnący na żółto Dziurawiec (Hypericum perforatum)

 

Ta sama łąka, inna perspektywa: co widzi pszczoła

Ta sama pachnąca łąka wygląda już zupełnie inaczej z perspektywy pszczoły zbieraczki, dla której to nie symbol, tylko spiżarnia. Fioletowe dywany macierzanki to prawdziwa królowa letnich pożytków, przyciągająca roje i dająca wybitnie aromatyczny, lekko pikantny nektar.

Dziurawiec nektaru nie daje wcale, za to dostarcza ogromne ilości pyłku, z którego pszczoły produkują pierzgę. To właśnie ten pyłek pozwala pokoleniu zimowemu zbudować wspomniane wcześniej ciało tłuszczowe, bez którego nie przetrwałoby mrozów.

Piołun pszczoły omijają szerokim łukiem, bo jego sok jest dla nich toksyczny, ale dla pszczelarza to sprawdzone od pokoleń narzędzie. Suszony piołun dodany do podkurzacza daje ostry, gorzki dym, który uspokaja owady podczas przeglądu i pomaga strącać z ich pancerzyków roztocza.

Współczesna medycyna w pełni potwierdziła moc tej rośliny. To właśnie z piołunu wyizolowano artemizyninę, substancję, która stała się podstawą przełomowego leku na malarię, a jej odkrycie nagrodzono w 2015 roku Nagrodą Nobla.

Czosnek na granicy dwóch światów

W tej misternej układance jest jeszcze jeden, zupełnie inny element. Czosnek nie rósł na dzikiej łące jak tamte trzy rośliny, tylko w przydomowym ogródku, blisko ludzkich siedzib, więc był dostępny przez cały rok, niezależnie od pory kwitnienia. Do bukietu trafiał nie z powodu urody kwiatu, tylko mocy zapachu. Uznawano go za roślinę o podwójnej mocy: w dawnych wierzeniach skutecznie odstraszał złe moce, a w medycynie ludowej leczył przeziębienia, infekcje dróg oddechowych oraz problemy żołądkowe.

Dla pszczół czosnek po prostu nie istnieje. Silny zapach związków siarki działa na nie odpychająco, więc roślina, która dla człowieka była najważniejszą tarczą ochronną, dla mieszkańców ula pozostaje niewidzialna. Każdy z tych sojuszników przyrody ma swoją własną specjalizację, jeden broni ludzi, drugi karmi ul, i żaden nie robi tego za drugiego.

Klechdy pod mikroskopem

Dzisiejsza nauka potwierdza, że wiara dawnych górali w moc tych roślin była w istocie twardą wiedzą medyczną, wypracowaną przez pokolenia prób i obserwacji. Macierzanka zawiera tymol, który skutecznie dezynfekuje drogi oddechowe. Wyciągi z dziurawca są dziś stosowane we wspomaganiu leczenia stanów depresyjnych. O piołunie i jego bakteriobójczych, przeciwpasożytniczych właściwościach, potwierdzonych aż Nagrodą Nobla, już wiemy. Do tego dochodzi czosnek, którego ząbki po rozgnieceniu i kilku minutach kontaktu z powietrzem uwalniają allicynę, związek o silnym działaniu bakteriobójczym, przeciwwirusowym i przeciwpasożytniczym. Swoją tajemnicę ma też sam miód: surowy, nieprzegrzany, zawiera oksydazę glukozową, enzym wytwarzający nadtlenek wodoru, który odkaża i łagodzi stan zapalny gardła.

Miód z czosnkiem: sztandarowy lek Karpat

To właśnie te dwie substancje, allicyna z czosnku i enzym z miodu, wzmacniają się nawzajem, kiedy połączymy je w jednym słoiku. Tak powstał miód z czosnkiem, klasyk medycyny ludowej w Karpatach, znany zarówno Bojkom, jak i Łemkom. Oba składniki były łatwo dostępne, a ich połączenie od wieków traktowano jako naturalny środek wzmacniający odporność. Sam miód od dawna łagodził kaszel i ból gardła, a w połączeniu z czosnkiem niwelował jego piekący smak, jednocześnie potęgując działanie rozgrzewające.

Przygotowanie tej mikstury jest proste, choć wymaga odrobiny cierpliwości. Ząbki czosnku sieka się drobno lub gniecie, a potem odstawia na około dziesięć minut, bo dopiero w kontakcie z powietrzem uwalnia się z nich allicyna. Dopiero wtedy zalewa się je powolnym strumieniem miodu, koniecznie surowego i tradycyjnie cedzonego, bez podgrzewania, żeby nie zniszczyć enzymów. Całość odstawia się w ciepłe miejsce na kilka dni. Zapach na początku jest ostry i wyraźnie siarkowy, ale z każdym dniem łagodnieje, przechodząc w głęboką, kwiatową słodycz. W smaku gładka słodycz miodu błyskawicznie gasi pieczenie czosnku, zostawiając przyjemne, rozgrzewające uczucie. Dawniej do takiej mikstury dodawano jeszcze cebulę, gorące mleko albo odrobinę samogonu, co miało wywołać porządne wypocenie i zbić gorączkę.

Tak przygotowany syrop podawano chorym przy pierwszych objawach infekcji, zwykle łyżeczkę rozpuszczoną w ciepłej, niegorącej herbacie, kilka razy dziennie. Surowego miodu nie podaje się dzieciom poniżej pierwszego roku życia.

Czosnek dla rdzennych mieszkańców Bieszczad, jest magiczny z wielu względów. Obiecujemy, że napiszemy oddzielny artykuł o tym, bo ta roślina ma wiele twarzy. Szykujcie się 😉

Bieszczadzka apteczka zamknięta w słoiku

Surowy klimat tych gór zmuszał dawnych mieszkańców do opierania się wyłącznie na tym, co dawał las, pole i własna pasieka. Miód z czosnkiem, zamknięty dziś w niewielkim słoiku, jest kwintesencją tamtej mądrości: łączy pracowitość owadów przygotowujących się do zimy z wiedzą pokoleń, które nauczyły się czytać przyrodę, zanim ktokolwiek nazwał to nauką. Wybierając prawdziwy, lokalny miód, dostajemy esencję tej samej dzikiej bieszczadzkiej łąki, na której Bojkowie i Łemkowie wiązali swoje sierpniowe bukiety. Wyjdźcie teraz na taką łąkę, powąchajcie kwitnącą macierzankę i pożegnajcie lato tak, jak robiono to tu od pokoleń.

Poniżej znajdziecie przepis na czosnek z miodem, który przechodzi u nas z pokolenia na pokolenie. Przygotujcie więc wagę aptekarską 😉

Prawda jest taka, że w dawnych górskich chatach Łemków i Bojków nikt nie bawił się w aptekarskie wagi i precyzyjne odmierzanie gramów. Przepisy przekazywane z pokolenia na pokolenie opierały się na proporcjach objętościowych i wnikliwej obserwacji natury. Złota, tradycyjna zasada tworzenia tej mikstury (która z naukowego punktu widzenia jest po prostu procesem fermentacji) wyglądała następująco:

Stare, ludowe proporcje

Najczęściej stosowano układ 1 część czosnku na około 1,5 do 2 części miodu. W praktyce oznaczało to zazwyczaj wypełnienie słoika lub glinianego naczynia obranymi ząbkami czosnku do około połowy objętości, a następnie zalanie ich miodem w taki sposób, aby ząbki całkowicie zniknęły pod jego powierzchnią.

Tradycyjny sposób przygotowania:

  1. Zgniatanie: Ząbki obierano, a następnie lekko zgniatano płaską stroną noża lub drewnianą łyżką. Z medycznego i naukowego punktu widzenia uszkodzenie struktury ząbka pozwala uwolnić allicynę, czyli najsilniejszy naturalny związek antybakteryjny ukryty w czosnku.
  2. Zalewanie: Używano wyłącznie surowego, prawdziwego miodu z lokalnej pasieki. Zalewano nim czosnek, pamiętając, aby zostawić kilka centymetrów wolnej przestrzeni od góry naczynia, ponieważ mikstura podczas fermentacji zaczyna „pracować” i może wypłynąć.
  3. Czas i „oddychanie”: Naczynie odstawiano w ciemne i chłodne miejsce na 2 do 4 tygodni. Bardzo ważne było codzienne doglądanie mikstury przez pierwszy tydzień. Naczynie otwierano na chwilę, aby wypuścić zgromadzone gazy, a następnie potrząsano nim tak, żeby ząbki czosnku ponownie całe pokryły się warstwą miodu. Z czasem czosnek łagodniał, a miód stawał się rzadszy.

Wersja ratunkowa „na szybko”

Jeśli w górach kogoś nagle złapało mocne przeziębienie, stosowano szybszą wersję syropu w proporcji 1:1 objętościowo. Czosnek bardzo drobno siekano, zostawiano na kilkanaście minut na desce, a potem zalewano dokładnie taką samą ilością płynnego miodu. Taki domowy antybiotyk był gotowy do ratowania zdrowia już po 24 godzinach.