ładowanie

Większość osób myśli, że wiosna w pasiece zaczyna się wtedy, gdy zakwitają pierwsze sady. Dla nas jednak ten kluczowy moment następuje znacznie wcześniej, często w akompaniamencie topniejącego błota i ostatnich płatów śniegu kryjących się w cieniu olch. To właśnie wtedy następuje pierwszy wiosenny oblot pszczół, czyli najbardziej wyczekiwane wydarzenie w kalendarzu każdego pszczelarza. To chwila prawdy, która mówi nam więcej o kondycji naszych podopiecznych niż jakikolwiek podręcznik.

Wielkie sprzątanie po bieszczadzkiej zimie

Zima w naszych stronach bywa kapryśna i długa. Pszczoły spędzają ją stłoczone w tak zwanym kłębie zimowym, dbając o to, by matka miała ciepło. Przez kilka miesięcy nie opuszczają ula, a wszystkie potrzeby fizjologiczne załatwiają wewnątrz swoich organizmów, co jest biologicznym fenomenem. Kiedy więc temperatura w cieniu przekroczy magiczne 10-12 stopni Celsjusza, a słońce mocno uderzy w wylotki, w pasiece pod lasem zaczyna się niesamowity spektakl.

Pszczoły wylatują masowo. Nie szukają wtedy jeszcze nektaru, choć gdzieniegdzie żółci się już podbiał. Ich głównym celem jest „lot oczyszczający”. To dosłownie wielkie, wiosenne sprzątanie organizmów i ula. Waldek zawsze powtarza, że ten widok to najpiękniejsza nagroda za miesiące niepokoju o to, czy zapasy jedzenia wystarczyły i czy rodziny przetrwały mroźne, bieszczadzkie noce. Patrzymy wtedy na to brązowe drżenie powietrza nad pasieką z ogromną ulgą.

Dlaczego pierwszy wiosenny oblot pszczół jest tak ważny?

Podczas tego krótkiego lotu, który trwa zazwyczaj od kilkunastu minut do godziny, pszczoły nie tylko usuwają zanieczyszczenia, ale też „rozpoznają teren” na nowo. Muszą sprawdzić, co zmieniło się w ich otoczeniu. Dla nas to czas intensywnej obserwacji. Basia ma na to swój sposób – nie podchodzi do uli z dymką, by nie zakłócać tego święta. Staje z boku i patrzy na wylotki. Jeśli pszczoły wylatują dziarsko, a przed ulem panuje spory ruch, wiemy, że rodzina jest silna. Jeśli któryś ul milczy, to sygnał, że musimy tam zajrzeć w pierwszej kolejności, gdy tylko zrobi się naprawdę ciepło.

Warto obalić przy okazji pewien mit: pszczoły nie „śpią” zimą. One cały czas pracują, by utrzymać temperaturę. Pierwszy wiosenny oblot pszczół jest po prostu końcem ich izolacji. To moment przejścia z trybu oszczędzania energii na tryb intensywnego rozwoju. Wewnątrz ula temperatura musi teraz wzrosnąć do około 35 stopni Celsjusza, niezależnie od tego, czy na zewnątrz szaleje bieszczadzki wiatr, czy świeci słońce. Jest to niezbędne, by matka mogła zacząć składać jaja, z których wygryzie się nowa, wiosenna generacja robotnic.

Pierwsze danie w surowym klimacie

Gdy emocje po oblocie opadną, zaczyna się ciężka praca. Nasze pszczoły mają to szczęście, że w Liskowatych i okolicznych dolinach nie spotkają wielkich monokultur rzepaku, które są pryskane chemią. Pierwszym ratunkiem dla nich są wierzby i ich bazie, a chwilę później miodunka plamista i leśne zawilce.

Waldek często zagląda do uli (ale bardzo ostrożnie!), by sprawdzić, czy pszczoły niosą „obnóża” – czyli kolorowe kuleczki pyłku na nóżkach. To dla nas najlepszy znak. Pyłek to białko, chleb dla pszczół. Bez niego nie wychowają młodych. W Bieszczadach ta pierwsza stołówka jest uboga w ilość, ale niezwykle bogata w jakość. Czyste powietrze i brak przemysłu sprawiają, że ten pierwszy wiosenny start, choć trudniejszy ze względu na temperatury, daje owadom niesamowitą odporność.

Termofory w ulu

Ciekawostką, o której rzadko się mówi, jest to, jak ogromny wysiłek energetyczny muszą włożyć pszczoły w ogrzanie gniazda po pierwszym oblocie. Aby utrzymać wspomniane 35 stopni, wibrują mięśniami skrzydeł, zamieniając zmagazynowany miód w czyste ciepło. Są jak małe żywe termofory. W tym okresie zużywają więcej zapasów niż przez całą mroźną zimę! Dlatego tak ważne jest, by pszczelarz nie zabrał im jesienią zbyt dużo miodu. My zawsze zostawiamy im solidną żelazną porcję – to ich polisa ubezpieczeniowa na wypadek nagłego powrotu zimy, co w górach jest przecież normą.

Patrząc na pasiekę w ten pierwszy słoneczny dzień marca czy kwietnia, czujemy pokorę wobec natury. Ta mała pszczoła, która przetrwała pół roku w ciemnym ulu, teraz wylatuje, by zacząć cykl od nowa. To dla nas sygnał, że życie w dolinie znów nabiera tempa.

Mamy nadzieję, że teraz, spacerując brzegiem lasu i słysząc pierwsze nieśmiałe bzyczenie, spojrzycie na te małe bohaterki z taką samą sympatią jak my. Życzymy Wam dużo wiosennego słońca i energii, której pszczołom w tych dniach na pewno nie brakuje!